maja 02, 2019

Wierzbie

Wierzbie
Do ostatniej chwili nic nie zapowiadało wczorajszej objazdówki. Krótka bo krótka, licho co ponad stówkę, ale co zobaczone to moje. Wraz z kilometrami niebo nabierało burzowych odcieni, a ja miałem coraz silniejsze wrażenie, że w pewnym stopniu przegapiłem tegoroczną wiosnę.


Na horyzoncie nieoczekiwanie wyrosły jakieś ruiny, więc krótki postój był nieunikniony. Wierzbie, dziewiętnastowieczny pałac należący niegdyś do rodziny Krzymuskich herbu Radwan. Nie pierwszy i nie ostatni, którego upadek zapoczątkowała reforma rolna i który podzielił los większości popegieerowskich lokacji tego typu.



Ogołocone mury odbijają trele ptactwa, które z upragnieniem oczekuje wiszącego na włosku deszczu. Aby ino ma się rozpadać, a skrzydlate towarzystwo przekrzykuje się nawzajem. 



Z zarośniętego stawu na tyłach pałacu podrywa się do lotu para krzyżówek i zataczając nade mną koło ginie gdzieś w oddali. Naście minut kontemplacji i dalej w drogę. 

marca 29, 2019

Powoli wracam do gry!

Powoli wracam do gry!
Końcówka minionego i początek obecnego roku skutecznie gasiły wszelkie plany wyrwania się z chałupy choć na chwilę. A to czasu mało, a to roboty za dużo, a to to, a tamto... koniec, dupa, jadę. Kierunek co prawda znany, jednak miejsc do zobaczenia wciąż wiele. Na początek Mroga.


Nawet się nie obejrzałem, a już wciągnęło mnie przez uchyloną furtkę. Szybki spacer zapuszczonym parkiem i stanąłem na wprost XIX-wiecznego pałacu. W całym tym zaniedbaniu wciąż widać ślad dawnej świetności, a w głowie świta jedna myśl. Włazić? No cóż. 


Kilkanaście minut kluczenia objazdami i mała powtórka z rozrywki. Bodajże trochę ponad rok temu miałem już okazję zawitać w Sobocie. 



Niewielki neogotycki pałacyk, który skrywa więcej tajemnic aniżeli mogłoby się wydawać. Część murów pamięta jeszcze piętnasty wiek i stanowi część ówczesnego zamku obronnego, być może własności kasztelana łęczyckiego Tomasza Doliwity Sobóckiego. Kolejne wieki stopniowo zacierały obronny charakter budowli, która w osiemnastym wieku trafiła w ręce Augusta Zawiszy. Tenże na jej fundamentach wzniósł obecny do dziś "zameczek". Ponownie zajrzałem w znajome już miejsca i podreptałem w stronę tutejszej gorzelni.



Wejścia strzeże parowe cudeńko, relikt zapomnianej już epoki buchających kłębami pary machin. A może przerobione to to na zasilanie elektryczne? Nie wiem, nie znam się. Niemniej robi wrażenie i budzi pewien respekt, przynajmniej we mnie. 


Poranek szybko zaczął zmieniać się w przedpołudnie i coraz bardziej powiało wiosną, a mnie ciągnęło coraz mocniej na południe. W drodze do Rulic zatrzymałem się jeszcze na chwilę w Walewicach. Tutejszych Nieśmiertelnych odwiedzam już trzeci raz i wiem, że jeśli kiedykolwiek będę przejeżdżał w pobliżu, to zatrzymam się kolejny. Jak przy wszystkich.



Pokonując ostatnie kilkaset metrów w stronę rulickiej mogiły myślałem tylko o jednym - nie urwać podwozia i jakoś wybrnąć z tego bagna. Udało się. Na skraju tutejszego lasu, w zbiorowej mogile spoczywają polegli żołnierze armii niemieckiej, którzy w okolicy stoczyli swój ostatni bój.


Kolejne punkty na mojej trasie, to również cmentarze wojenne. Dmosin i Wola Cyrusowa. Nieśmiertelni'39. Bohaterowie Bitwy nad Bzurą.




Powoli wgryzałem się w Krajobrazowy Park Wzniesień Łódzkich i coraz bardziej zaczynało mi się tam podobać. Nieplanowany postój pod kościółkiem w Niesiółkowie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę wrócić w te rejony z większym bagażem czasu.



Równie nieplanowany okazał się postój w pobliskiej Poćwiardówce. W zasadzie to hamowałem z piskiem na widok tablicy informującej o kryjącym się tam cmentarzu.



Drogę pod pamiątkowy obelisk wyznaczają rzędy dziwnie znajomych nagrobków. Niewiele bo niewiele, ale chyba większość odwiedzonych przeze mnie cmentarzy z tego okresu posiada identyczne nagrobki, jakby istniał jakiś z góry określony wzór. Pokręciłem się chwilę po okolicy i naglony czasem poprułem w stronę jednego z nadmrożańskich młynów.



Nie wiedzieć czemu akurat młyny wodne darzę wielkim sentymentem. Zawsze przez chwilę wyrywają mnie z teraźniejszości i zawieszają gdzieś pomiędzy wymiarami (?). Szum wody, zapach mokrych dech i dziwnie magiczna aura tych miejsc sprawia, że każdy z nich dostaje osobną szufladkę w mojej pamięci.


Z chęcią tkwiłbym dłużej w tym zawieszeniu, gdyby nie bezlitosne wskazówki zegarka przywołujące mnie do porządku i popychające w stronę domu.

lutego 04, 2019

Zrujnowana kaplica

Zrujnowana kaplica
Samochód chwilami haczył podwoziem i mimowolnie ciągnął w stronę pola. Ostatnie kilkaset metrów błotnistego offroadu dzieliło mnie od niewielkiego lasku, którego skraj skrywał to, co tak często towarzyszy moim objazdówkom. Znów znajome fragmenty krajobrazu: śródpolne dróżki, chałupy z białego kamienia i sosnowe zagajniki; tym razem brakowało tylko pokrzykujących z oddali żurawi. Moje ulubione ptaszyska.


Niedzielny poranek niczym nie przypominał poprzednich dni. Temperatura lekko na plusie, mgła mniejsza i większa, zamiast ślizgawki breja... całkiem przyjemnie. Ledwie zdążyłem wjechać w las, a już znalazłem to, po co przyjechałem.


Zrujnowana kaplica - pamiątka po ówczesnych osadnikach. Słyszałem o niej już dobre kilka lat temu i choć mieszkam śmiesznie blisko, to do tej pory nie było mi po drodze. Gdyby nie charakterystyczne łuki nad oknami i fragment psalmu u wejścia, nie różniła by się od większości chałup z białego kamienia rozsianych tu i tam. 



Zwyczajowo pokręciłem się wokoło próbując zestroić wyobraźnię z historią i szukając śladów tej drugiej. Oczywiście znalazłem. Na tyłach kaplicy, kawałek w głąb a jednocześnie na skraju lasu zachował się całkiem nieźle wał z polnych kamieni okalający zapomniane mogiły.



Czas, przyroda i ludzka głupota nie oszczędziły i tej nekropolii. Przebijając się przez zarośla w stronę żelaznego ogrodzenia wypłoszyłem stadko raniuszków, które czym prędzej ewakuowały się na drugą stronę cmentarza.



Chwilę później zaczęło nieprzyjemnie siąpić, więc sam zarządziłem ewakuację.
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger