maja 04, 2018

Jedynką jadąc

Jedynką jadąc

Są drogi, które przejechałbym po omacku omijając najmniejsze dziury i wyboje. Pokonując dany odciek przechodzę z trybu manualnego w jakiś dziwny rodzaj autopilota. Niby trzymam kierownicę, zmieniam biegi i depczę po pedałach, jednak mózg zupełnie odpływa w swoją stronę.



I tak jadę. Kilometry mijają, wycieraczki uwijają się jak mogą (o, lewa dobrze nie zbiera, trzeba wymienić), tirówki mokną na poboczu. Raz ja kogoś, raz mnie wyprzedzą.



Dziadek w seacie miga długimi, pewnie za przystankiem znowu ustawili się z radarem. No nic, trzeba zdjąć nogę z gazu i ochoczo dostosować się do przepisów ruchu drogowego. Do domu już niecałe czterdzieści kilometrów, pada coraz mocniej, nudniej już się nie da.



Sośnicka w radio pruje aleją gwiazd, a moja monotonia pryska za sprawą migających światełek przejazdu kolejowego. Chwila na zestrojenie się z rzeczywistością, przejście w tryb manualny... jak tylko podniosą szlaban, znów włączam autopilota. 

marca 28, 2018

W Imielnie

W Imielnie
Imielno znam. Kilka lat temu miałem okazję szukać tutejszych skrzynek, a że tym razem akurat przejeżdżałem w pobliżu, to czemu by nie zajrzeć ponownie. 


Wzniesiony z inicjatywy Ksawerego Magnuszewskiego kościół liczy już sobie trzysta lat z małym hakiem i mimo upływu czasu nadal cieszy oko. Zaparkowałem pod samym parkanem i przez skrzypiącą furtkę (czy one zawsze muszą tak skrzypieć?) dostałem się na teren. 



Niestety i tym razem nie udało mi się zajrzeć do środka, za to na spokojnie mogłem obejrzeć sąsiadujący z kościołem grobowiec i siedemnastowieczną dzwonnicę.




Samo Imielno początkowo nazywano Jemieliną bądź Jemielną, co zdaniem internetu nawiązywało do jemioły i... Jemielińskich herbu Nieczuja, zapewne pierwszych właścicieli. Obok kościoła, w XIX-wiecznym parku niszczeją pozostałości po tutejszym dworze.



Zajrzałem, gdzie tylko się dało i zakrzyczany przez miejscowe gawrony uciekłem do samochodu.

marca 16, 2018

Koparka w wąwozie

Koparka w wąwozie

Od lat, jeśli nie od zawsze, powodowany dziwaczną manią podążania od punktu A do punktu A wybieram co rusz kolejne miejsca, by dać asumpt spełnienia swoim zachciewajkom. Od punktu A do  punktu A, tam i z powrotem. Jak Hobbit, tyle że inaczej – bez smoków, trolli i innych duractw śliniących się na myśl o lekkiej niestrawności wywołanej spożyciem mych członków w formie dowolnej. Okrążyć kolejne jezioro, kolejny las, kolejną gminę… głupota.




Dziesiątki razy przejeżdżałem tuż obok, pewnie tyle samo razy byłem nad samym brzegiem i choć znam niemal wszystko dokoła, to jednak rundki tam i z powrotem nie zrobiłem. Boli to mocno, wierci dziurę w brzuchu i spać nie daje. No muszę, obejdę oba jeziora za jednym zamachem i w końcu wyśpię się spokojnie, bez poczucia winy że pod nosem a wciąż niezaliczone.


Myśl o spokojnym śnie zburzyła się już na skraju pierwszego jeziora. Zbliżająca się wiosna i skok temperatury w ostatnich dniach rozmroził bagna stanowiące granicę pomiędzy akwenami. Niby brnąłem dokąd się dało, koniec końców zarządziłem jednak odwrót i zmianę trasy – będzie wokoło, ale już nie samiutkim brzegiem.


Wygramoliłem się niewielkim wzniesieniem w stronę wygodnej ścieżki, okrążyłem na wpół rozmrożoną breję i skierowałem w stronę wąwozu. Wąwozem, to on z nazwy jedynie. Ot polodowcowa niecka, której najniższy obszar porastają wiecznie zalane trzcinowiska.



Mimo wszystko nie da się zaprzeczyć, że miejsce ma swój urok. Tuż obok droga, kilkaset metrów dalej pojedyncze domy, a w dziurze jakoś spokojnie jakby na odludziu zupełnym. Poza pojedynczymi ćwierknięciami sikorek i wyrywającym się z głębi trzcin żurawim klangorem cicho sza. 


Wąwóz łagodnie spływał w kierunku drugiego z jezior, więc leniwym tempem posuwałem się w stronę brzegu. Nagle kątem oka wyniuchałem coś, co nijak miało się do wspomnianej wcześniej dzikości tej dziury.



Niewielka koparka, niezaprzeczalny ślad cywilizacji porzucony na pastwę rdzy. Bidulka wrośnięta w krajobraz pustki oddalony niecałe dwa kilometry od miasteczka, które niedługo rozkwitnie kolorowymi klombami. 
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger