listopada 07, 2016

Tylko w polu biały krzyż...

Tylko w polu biały krzyż...
Zupełny przypadek sprawił, że sobotni poranek zacząłem od susów przez pole. Przejechaliśmy z Damianową właściwe skrzyżowanie i gdyby nie jej odwaga (a co tam, pojadę tą polną!), to pewnie za chwilę siedziałbym w samochodzie z książką przed nosem nie mając pojęcia o tym, co kryje się kilkaset metrów dalej.

Okrążyliśmy niewidoczne zza krzaczorów jezioro i już mieliśmy wyjechać na nieco bardziej cywilizowaną drogę, gdy pośrodku pola dojrzałem flagę. Co do cholery robi TAM ta flaga?! Moment, jest coś jeszcze, krzyż. Oho, ni chybi mogiła powstańcza!

Już miałem wyskakiwać z samochodu, ale czas i rzeczy ważniejsze nagliły, więc pojechaliśmy dalej. Za kilkanaście minut wracałem jednak z buta w stronę mogiły. Nosa do takich rzeczy to ja mam dobrego, więc nie pomyliłem się z jej powstańczą historią. Znalazł się też obelisk potwierdzający moje przypuszczenia.


Spod kamienia, wzdłuż jeziora, prowadzi ścieżka kończąca się na skraju pola – tuż przed brzozowym krzyżem i biało-czerwoną flagą. Ponoć chłop żywemu nie przepuści, a za skrawek ziemi łeb ukręci, więc nawet zbytnio nie zdziwiło mnie to, co zobaczyłem z bliska… aż cud, że nie rozorali wszystkiego w cholerę, bo i o takich przypadkach słyszałem.


Wrócę tu jeszcze ze zniczem i większym zapasem czasu, żeby zapoznać się z resztą historii, jakie kryje okolica. A z tego co zdążyłem się już zorientować, kryje ich całkiem sporo. Z resztą zobaczycie sami.

listopada 02, 2016

W rodzinnych stronach

W rodzinnych stronach
Od iks lat zapalam świeczkę na grobie Nieznanego Żołnierza, więc tego roku nie mogłem się wyłamać i udałem się na małą wycieczkę ze zniczami w plecaku. Trochę inaczej niż zwykle, bo samochodem i od drugiej strony, ale jeszcze przed południem dotarłem na miejsce. 



Sam grób, mimo iż skitrany przy leśnym dukcie, nie jest wcale zapomniany. Świeże kwiaty i znicze nie są jakimś niecodziennym widokiem, o ten grób po prostu się dba. Sam fakt cieszy o tyle, o ile do końca nie wiadomo jakiej narodowości był poległy wojak. Jeśli podpytać miejscowe starowinki okazuje się nawet, że miejsce pochówku wcale nie pokrywa się z obecną mogiłą. Możliwe nawet, że poległego koniec końców przeniesoiono na cmentarz parafialny w Pieczewie.

Znicz zapalony, jadę więc dalej. Po drodze mijam wieś, a w zasadzie to, co po niej pozostało. Kilka opuszczonych już domów z "białego kamienia", zapuszczone sady, zarośnięty staw. Pamiętam jeszcze ostatnich mieszkańców, pamiętam rudego kundla obszczekującego mój rower. Sama wieś to czysty przykład ówczesnego osadnictwa olęderskiego, szkoda że coraz mniej osób o tym pamięta. Kapilczka na zakręcie też zmieniła się od czasu mojej ostatniej wizyty. Nie ma już obrazu, nie ma nowych zniczy. Dziwne. Kilkaset metrów dalej próchniejący krzyż opiera się o drzewo, na tym cmentarzu już nikogo nie pochowają. Nigdy.



Zatrzymuję się na chwilę, we łbie powracają obrazki z wcale dalekiej przeszłości i szybko zestrajają się z rzeczywisością. Tak, ten obrazek na sto procent pamięta burze sprzed lat, która narobiła bałaganu w okolicy. Wizerunki Matki Boskiej ustawiane w oknach, to swoisty talizman przeciwko błyskawicom. Tutaj to normalne.


Dom zamknięty na trzy spusty, budynek gospodarczy z łupanego kamienia powoli zapada się pod własnym ciężarem. Za kilka lat i to gospodarstwo podzieli los kilku innych z okolicy, po których jedyną pamiątką są dziś zdziczałe kępy dzikiego bzu i kwitnących wiosną irysów - resztki dawnych ogrodów.


Po ostatnich deszczach droga miejscami zaczyna przypominać jedno wielkie bajoro, ale jadę dalej. Mijam wspomniane wcześniej bzy i zarośla owinięte suchymi pnączami dzikiego wina. Skręcam w prawo obok przydrożnego krzyża i zatrzymuję się przed niewielkim wzniesieniem. Kolejny zapomniany cmentarz w okolicy. No może nie do końca zapomniany, bo od czasu do czasu pojawiają się tutaj znicze, sam też zapalam kolejny i wracam do samochodu. W powietrzu unosi się zapach żywicy.





Wyjeżdżam z lasu, kręcę się jeszcze chwilę po okolicznych wertepach i powoli zbliżam się do rodzinnego domu. O, ta drewniana chałupka nadal stoi na miejscu! Ciekawe czy płomykówka nadal siada na kalenicy dachu, a z dziupli starej gruszy słychać "potikiwanie" kopciuszka...

października 28, 2016

Chełmża i okolice

Chełmża i okolice

Do Chełmży wybierałem się już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze, aż do teraz. Pogoda się przetarła, więc wieczorem zgrałem GPXy na garmina i z samego rana wioo! No dobra, może wcale nie tak z samego rana, ale jakoś po dziesiątej parkowałem już kilkadziesiąt metrów od pierwszej skrzynki przy kościele św. Mikołaja. Ponoć to jeden z najstarszych zabytków miasta, pochodzący jeszcze sprzed 1248 roku.


Nie ryzykowałem podejmowania samej skrzynki, bo akurat po drugiej stronie ulicy postanowili urządzić sobie pogawędkę i chyba niezbyt im się spodobałem. Sama starówka i te wąskie uliczki wyglądają całkiem fajnie, można nawet wypatrzeć kilka pamiątek z przeszłości.


Poszwendałem się chwilę tu i tam, zrobiłem małe zamieszanie w bibliotece i podreptałem na cmentarz. Z daleka już widać XIX wieczny grobowiec rodziny Zawiszów Czarnych z Warszewic, kolejne miejsce w Chełmży, które warto zobaczyć. Alfred Zawisza Czarny pochodził z Soboty niedaleko Łowicza, po upadku powstania listopadowego znalazł schronienie w Prusach skąd później wyjechał do Belgii. Już jako obywatel Prus został właścicielem Warszewic nieopodal Chełmży, wyhaczył sobie kobitkę – Zofię Jeżewską z Topolna pod Świeciem i bardzo szybko wkręcił się środowisko miejsowej elity. Zmarł 13 maja 1878 roku. Tyle historii, czas zabrać się za szukanie kesza. Obok kręciła się jakaś babeczka, więc musiałem ratować się telefonem do Bamby, żeby znowu nie robić niepotrzebnego zamieszania. Po chwili mogłem na spokojnie logować znalezienie.


Pozostałych keszy albo nie było, albo nie szło ich podjąć w miarę dyskretnie, więc zdecydowałem się jeszcze na szybki spacer ulicami Chełmży i ruszyłem dalej. Swoją drogą, to widziałem chyba jedną z fajniejszych wieżę ciśnień i… Charliego Chaplina.



Objeżdżając pobliskie jeziora trafiłem do Grodna. Zrobiłem sobie mały piknik na miejscu osady z epoki żelaza i pojechałem dalej. Aha, sama osada datowana jest na lata 733 – 648 p.n.e., czyli funkcjonowała mniej więcej w tym samym czasie, co ta w Biskupinie.



Po drodze przystanąłem w Kończewicach. Pierwszy raz spotkałem się z podobną formą pomnika: kawałek muru ze szklanymi gablotkami, a w środku woreczki z ziemią z miejsc, gdzie w walkach brali udział Polacy. Jadąc jedynką warto skręcić tu na chwilę! Samej skrzynki znowu nie znalazłem, w zasadzie to nie miałem nawet okazji jej poszukać, bo służby porządkowe majstrowały coś w okolicy.


Na koniec trafiały mi się same perełki architektury sakralnej i nie tylko! Szkoda tylko, że dworek w Nawrze otoczyli czujnikami ruchu i zwiedzanie musiałem ograniczyć do bezpiecznego minimum, ale i tak warto było zawitać w te strony. Zatrzymałem się też na kilka minut pod kościołem św. Katarzyny Aleksandryjskiej, udało mi się nawet zajrzeć do środka.





Z Nawry udałem się pod kapliczkę św. Rozalii skitraną w lesie w pobliżu Przeczna. Miejsce trochę skojarzyło mi się ze studnią św. Barnaby w okolicach Konina, bodajże w Bieniszewie. Różnica taka, że tutejsza studnia zupełnie wyschła, a tam woda płynęła drewnianymi rynnami do jakiegoś strumyka. O samej kapliczce i historii związanej ze św. Rozalią warto poczytać, ale nie dzisiaj. Może kiedyś skrobnę coś osobno, albo ciekawość każe Wam poszperać w internecie. Będąc w tych stronach koniecznie trzeba przystanąć przy kościele w Przecznie. Matko kochana, jak ja lubię tego typu kościółki pochowane po wsiach!




Z Przeczne puściłem się polną drogą do Biskupic i to był błąd. Ostanie kilkaset metrów było tak rozkopane, że musiałem zawrócić i robić rundę asfaltem. A co jest w Biskupicach? Dokładnie, kolejny kościół!



Na koniec jeszcze szybka skrzynka w Brąchnówku i wio do domu, piwa się napić. 

PS. Obiecuję przeprosić się z normalnym aparatem i zacząć zabierać go ze sobą.
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger