października 26, 2016

Lufa przed kościołem

Lufa przed kościołem
Przez Kłodawę przejeżdżam ostatnio kilka razy w tygodniu, więc wypadałoby w końcu zerknąć do własnej skrzynki pod kościołem. Chyba bym się zdziwił, gdybym zastał ja tam, gdzie schowałem. Maskowanie niby jest, ale sam pojemnik ktoś znowu zapierdzielił… zawieszam do odwołania! Aha, dla tych spoza sekty OC pasowałoby skrobnąć kilka słów o samym miejscu.


Pomnik z fotki jest pamiątką wydarzeń z 1945 roku, kiedy to Armia Czerwona (w tym 27 Brygada Zmechanizowana I Korpusu I Armii Pancernej) przegoniła z Kłodawy wojska okupanta. Lufa wmurowana w pomnik pochodzi z radzieckiego czołgu, który jako pierwszy wjechał do miasta i został zniszczony przez żołnierzy niemieckiego garnizonu stacjonującego w budynku nieistniejącej już poczty. Ponoć krasnoarmiejcy spokojnie mogli wymknąć się spod ostrzału, ale pech chciał że zahaczyli wspomnianą lufą o jedno z pobliskich drzew i zablokowali sobie możliwość jakiegokolwiek manewru… ile w tym prawdy nie wiem, ale historia zasłyszana od kogoś, kto całkiem nieźle pamięta tamte czasy. 




Miałem chwilę czasu, więc zrobiłem sobie jeszcze tego dnia małą objazdówkę po okolicznych wsiach. Ładne lata temu była to moja stała trasa na rower, więc wertepy znane i lubiane. Samotny krzyż pośród pół, pobocza obsadzone kasztanowcami… tak, trasa zdecydowanie na rower.

października 17, 2016

W Borysławickich Ruinach

W Borysławickich Ruinach
Fajnie jest wracać w niektóre miejsca, tym bardziej, że borysławickie ruiny poznałem dzięki Damianowej. Co prawda, nie była ona wtedy jeszcze pełnoprawną Damianową, ale jeśli dziewczę ciągnie Cię w ruiny to wiedz, że coś się dzieje! Od tamtejszej wycieczki minęło prawie dziesięć lat i chociaż byłem nieraz dosłownie kilkaset metrów od zamku, to jakoś nigdy nie było okazji do ponownych odwiedzin. 


Może przedtem byliśmy ślepi, ale udało nam się podjechać rowerami pod same ruiny i nikt nas nie straszył żadnymi zakazami… tymczasem. Co jest kurde?! Jak prywatny?! Że niby mam tam nie włazić?! Fakt, mogłem zwyczajowo hycnąć na drugą stronę i w razie czego udawać głupiego, ale raz na ruski rok staram się być kulturalny i unikać wideł w plecach. Taki jestem bystry, że namierzyłem nawet właściciela terenu (bo kto inny może mieszkać tuż obok), dałem się obszczekać psom i po chwili przełaziłem legalnie pod ogrodzeniem.


Początkowo pomysł z zakazem wydawał mi się idiotyczny, teraz zmieniłem zdanie. Jeśli ktoś chce po prostu obejrzeć ruiny z bliska, wystarczy zapytać właściciela o pozwolenie i droga wolna. Wideł w plecach mogą się obawiać jedynie głąby, którym przyjdzie na myśl nachlać się i naśmiecić. Proste i skuteczne. No dobra, ale pewnie chcielibyście dowiedzieć się czegokolwiek o samym zamku, mam rację? Tak myślałem.

Jego budowę zlecił w XV wieku biskup krakowski Wojciech Jastrzębiec. Wojtek był niezłym gagatkiem, całkiem nieźle szły mu lewe interesy z Zakonem Krzyżackim, co niespecjalnie spodobało się szlachcie i samemu królowi. Z obawy o swoje bezpieczeństwo i zgromadzone dobra zdecydował się na budowę okazałej warowni w Borysławicach. Warto wspomnieć, że w trakcie swojej czterdziestoletniej kariery biskupiej zgromadził on ponad czterdzieści tysięcy grzywien – równowartość ośmiu ton srebra! Ponoć rodziny się nie wybiera, więc część majątku skrywanego na zamku zostało zrabowane przez Dziersława z Rytwian – stryjecznego wnuka naszego biskupa.

W XVI wieku zamkiem władała rodzina Russockich, następnie wszedł on w posiadanie Gębickich oraz Szczawińskich herbu Prawdzic. To tutaj wychował się wojewoda brzesko – kujawski, Jakub Szczawiski. W 1656 roku Szwedzi zajmują i następnie podpalają zamek, co ostatecznie przyczynia się do upadku warowni. Nigdy już nieodbudowana, służyła głównie za źródło darmowej cegły dla okolicznych mieszkańców.




Jak z każdymi szanującymi się ruinami, również z tymi powiązana jest opowieść o nawiedzającym je duchu. Ponoć czasami błąka się tutaj dziewuszka w bieli, której obecność zawsze zwiastuje jakieś ważne wydarzenie. Skąd się tam wzięła? Niektórzy twierdzą, że jest to córka Szczawińskich, którą przewieziono tutaj z Besiekier i uwięziono – a jakże – w najwyższej komnacie baszty. Kochanek przekupił strażnika, by ten dostarczył jej sznur, po którym miała zsunąć się na dół. Niestety nasze dziewczę źle go przywiązało i zamiast się zsunąć, to poleciała z hukiem.

Źródło

października 05, 2016

DAG Fabrik Bromberg

DAG Fabrik Bromberg
Większość gratów zapakowałem do bagażnika jeszcze wieczorem, więc poranne ceregiele nie zajęły mi więcej niż piętnaście minut, z czego prawie połowę czekałem aż zagotuje mi się woda na herbatę. Wpierdzieliłem jakąś kanapkę, zalałem termos i jeszcze przed świtem opuściłem Włocławek. Miejscami mglisko było niemiłosierne, ale wyjechałem i tak sporo przed czasem, więc nie musiałem się martwić o to, że nie zdążę. 


Parę minut przed siódmą zaparkowałem na polnej drodze przed Białą Górą w okolicach Solca Kujawskiego, skąd podreptałem pod obelisk poświęcony kilkuset ofiarom ’39. O tej godzinie miejsce wyglądało dość ponuro, co jeszcze bardziej podkreślało jego znaczenie. Mgła zaczynała opadać, a ja popijałem gorącą herbatę i dojadałem kanapki, które miały być na później. Po półgodzinnej przerwie odpaliłem samochód i ruszyłem w stronę eventowych kordów.


O dziwo nie byłem pierwszy, bo na parkingu zastałem podejrzanego typa z blachami PGN. Po chwili wiedziałem już z kim mam do czynienia i czyja Wielka Księga wpadła mi w łapy jakoś na początku roku. Oho, jedzie ktoś jeszcze! Ochrona, wojsko, husaria… nie, to tylko jeden z organizatorów! Jedna z zagadek, a właściwie coś, co sam sobie wkręciłem wyjaśniło się w try miga: DeepSea nie jest żoną DeepBlue! Swoja drogą, to wieczorem rozwiał mi się mit kolejnego keszowego małżeństwa, ale nie o tym teraz.

Parking powoli zaczął zapełniać się samochodami, z których wyłazili dziwni ludzie (podobno przyjechali szukać jakichś skrzynek, czy coś). Kilka znanych twarzy, kilka jeszcze niepoznanych, rejwach coraz większy i za chwilę zaczęło się to, co wszystkich tutaj zwabiło: eksploracja DAG Fabrik Bromberg!

Nie będę pierdzielił o wszystkim, co widzieliśmy w strefie muzealnej, bo trochę tego było, ale najbardziej podobało mi się majstrowanie przy mauserze. Kobitka, znaczy się pani przewodnik, momentami trochę przynudzała, ale nie ma się co czepiać, tylko trzeba kodować w łbie informacje i ciekawostki dotyczące fabryki.


Ekspozycja za nami, jeszcze tylko chwila szperania w okolicach rampy (bo niby jakieś hasła tam są) i wio do Strefy NGL III. Matko kochana, co tam się działo! Jedni włażą do piwnic, inni gramolą się na górę, schody, tunele… nawet jakaś trumna się trafiła. Niby dorośli ludzie, a gorzej niż dzieciarnia na placu zabaw. 




Po części oficjalnej organizatorzy postanowili puścić hałastrę w samopas, ale żebyśmy zbytnio się nie rozleźli, to w międzyczasie odpalili geościeżkę. No i się zaczęło. Przegrupowania, roszady w ekipach, kto z kim i gdzie… wsiedli i pojechali.

Na pierwszy ogień poszły Laboratoria. Trochę zaglądania w przeróżne dziury, mniej lub więcej wyrazów nadających się do wypikania i grupowy wpis. Jedziemy pod Kulochwyt.

Na FTFy nie mieliśmy co liczyć, bo po drodze minęliśmy całkiem liczną brygadę, która przetrząsnęła już teren przed nami, no ale nic to, idziemy. Po kilkuset metrach wyłoniło się żelbetowe bydle, wspomniany wcześniej kulochwyt. Na miejscu całkiem udana akcja z otwieraniem furtki (gdyby nie Olo, w życiu nie sforsowalibyśmy ogrodzenia) i kolejna skrzynka z projektu zaliczona.

Mała zmiana ekip i szybkie bobrowanie w budynku nieczynnej przepompowni, a później wio po kolejnego kesza, podejmowanie którego pozwolę sobie pominąć… odpukać, ale nigdy nie wiadomo, kto czyta.


Uff, udało się! Jedziemy po resztę projektu, do Einmann Bunker. Tutaj poszło szybko i bez problemów. Kolejna skrzynka trochę dała nam po dupie, bo bardziej dziadowskiej drogi nie mogliśmy wykombinować. Co prawda trafiły się czarne owce, które podjechały niemal pod same kordy, ale lajf is brutal, więc nie ma co sobie ułatwiać. No dobra, żałuję że też sobie nie ułatwiłem, ale tak czy siak spotkaliśmy się pod wielkim ceglanym wodospadem. Kurde, miejsce zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Poważnie.


Kolejne dwa kesze ze ścieżki padły migiem, chwila szperania przy Zachemie i jedziemy pod fontannę. Nie ukrywam, że ta ostatnia trochę nas rozczarowała, choć za sam jej stan nie ma co obwiniać założyciela. Ot polska mentalność – jak chcesz gdzieś zrobić śmietnik, zrób to najlepiej w miejscu niedozwolonym. Śmieci śmieciami, a my krążymy bez skutku szukając skrzynki, która bezczelnie leży po drugiej stronie i czeka. Dobra, prawda jest taka, że nie chciało nam się tam zaglądać i specjalnie czekaliśmy na kolejną ekipę, która zrobiła to za nas.

A co było dalej? Owny, mobilniaki, ognicho, piwsko i ponoć ulewa w nocy.

A tak na serio, to spotkanie na najwyższym poziomie i za to serdeczne dzięki raz jeszcze!
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger