marca 29, 2019

Powoli wracam do gry!

Powoli wracam do gry!
Końcówka minionego i początek obecnego roku skutecznie gasiły wszelkie plany wyrwania się z chałupy choć na chwilę. A to czasu mało, a to roboty za dużo, a to to, a tamto... koniec, dupa, jadę. Kierunek co prawda znany, jednak miejsc do zobaczenia wciąż wiele. Na początek Mroga.


Nawet się nie obejrzałem, a już wciągnęło mnie przez uchyloną furtkę. Szybki spacer zapuszczonym parkiem i stanąłem na wprost XIX-wiecznego pałacu. W całym tym zaniedbaniu wciąż widać ślad dawnej świetności, a w głowie świta jedna myśl. Włazić? No cóż. 


Kilkanaście minut kluczenia objazdami i mała powtórka z rozrywki. Bodajże trochę ponad rok temu miałem już okazję zawitać w Sobocie. 



Niewielki neogotycki pałacyk, który skrywa więcej tajemnic aniżeli mogłoby się wydawać. Część murów pamięta jeszcze piętnasty wiek i stanowi część ówczesnego zamku obronnego, być może własności kasztelana łęczyckiego Tomasza Doliwity Sobóckiego. Kolejne wieki stopniowo zacierały obronny charakter budowli, która w osiemnastym wieku trafiła w ręce Augusta Zawiszy. Tenże na jej fundamentach wzniósł obecny do dziś "zameczek". Ponownie zajrzałem w znajome już miejsca i podreptałem w stronę tutejszej gorzelni.



Wejścia strzeże parowe cudeńko, relikt zapomnianej już epoki buchających kłębami pary machin. A może przerobione to to na zasilanie elektryczne? Nie wiem, nie znam się. Niemniej robi wrażenie i budzi pewien respekt, przynajmniej we mnie. 


Poranek szybko zaczął zmieniać się w przedpołudnie i coraz bardziej powiało wiosną, a mnie ciągnęło coraz mocniej na południe. W drodze do Rulic zatrzymałem się jeszcze na chwilę w Walewicach. Tutejszych Nieśmiertelnych odwiedzam już trzeci raz i wiem, że jeśli kiedykolwiek będę przejeżdżał w pobliżu, to zatrzymam się kolejny. Jak przy wszystkich.



Pokonując ostatnie kilkaset metrów w stronę rulickiej mogiły myślałem tylko o jednym - nie urwać podwozia i jakoś wybrnąć z tego bagna. Udało się. Na skraju tutejszego lasu, w zbiorowej mogile spoczywają polegli żołnierze armii niemieckiej, którzy w okolicy stoczyli swój ostatni bój.


Kolejne punkty na mojej trasie, to również cmentarze wojenne. Dmosin i Wola Cyrusowa. Nieśmiertelni'39. Bohaterowie Bitwy nad Bzurą.




Powoli wgryzałem się w Krajobrazowy Park Wzniesień Łódzkich i coraz bardziej zaczynało mi się tam podobać. Nieplanowany postój pod kościółkiem w Niesiółkowie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę wrócić w te rejony z większym bagażem czasu.



Równie nieplanowany okazał się postój w pobliskiej Poćwiardówce. W zasadzie to hamowałem z piskiem na widok tablicy informującej o kryjącym się tam cmentarzu.



Drogę pod pamiątkowy obelisk wyznaczają rzędy dziwnie znajomych nagrobków. Niewiele bo niewiele, ale chyba większość odwiedzonych przeze mnie cmentarzy z tego okresu posiada identyczne nagrobki, jakby istniał jakiś z góry określony wzór. Pokręciłem się chwilę po okolicy i naglony czasem poprułem w stronę jednego z nadmrożańskich młynów.



Nie wiedzieć czemu akurat młyny wodne darzę wielkim sentymentem. Zawsze przez chwilę wyrywają mnie z teraźniejszości i zawieszają gdzieś pomiędzy wymiarami (?). Szum wody, zapach mokrych dech i dziwnie magiczna aura tych miejsc sprawia, że każdy z nich dostaje osobną szufladkę w mojej pamięci.


Z chęcią tkwiłbym dłużej w tym zawieszeniu, gdyby nie bezlitosne wskazówki zegarka przywołujące mnie do porządku i popychające w stronę domu.

lutego 04, 2019

Zrujnowana kaplica

Zrujnowana kaplica
Samochód chwilami haczył podwoziem i mimowolnie ciągnął w stronę pola. Ostatnie kilkaset metrów błotnistego offroadu dzieliło mnie od niewielkiego lasku, którego skraj skrywał to, co tak często towarzyszy moim objazdówkom. Znów znajome fragmenty krajobrazu: śródpolne dróżki, chałupy z białego kamienia i sosnowe zagajniki; tym razem brakowało tylko pokrzykujących z oddali żurawi. Moje ulubione ptaszyska.


Niedzielny poranek niczym nie przypominał poprzednich dni. Temperatura lekko na plusie, mgła mniejsza i większa, zamiast ślizgawki breja... całkiem przyjemnie. Ledwie zdążyłem wjechać w las, a już znalazłem to, po co przyjechałem.


Zrujnowana kaplica - pamiątka po ówczesnych osadnikach. Słyszałem o niej już dobre kilka lat temu i choć mieszkam śmiesznie blisko, to do tej pory nie było mi po drodze. Gdyby nie charakterystyczne łuki nad oknami i fragment psalmu u wejścia, nie różniła by się od większości chałup z białego kamienia rozsianych tu i tam. 



Zwyczajowo pokręciłem się wokoło próbując zestroić wyobraźnię z historią i szukając śladów tej drugiej. Oczywiście znalazłem. Na tyłach kaplicy, kawałek w głąb a jednocześnie na skraju lasu zachował się całkiem nieźle wał z polnych kamieni okalający zapomniane mogiły.



Czas, przyroda i ludzka głupota nie oszczędziły i tej nekropolii. Przebijając się przez zarośla w stronę żelaznego ogrodzenia wypłoszyłem stadko raniuszków, które czym prędzej ewakuowały się na drugą stronę cmentarza.



Chwilę później zaczęło nieprzyjemnie siąpić, więc sam zarządziłem ewakuację.

listopada 21, 2018

I znów cmentarze!

I znów cmentarze!
Jesień najwidoczniej powoli ustępuje miejsca zimie, pora więc odnowić przyjaźń ze skrobaczką do szyb. Moja, dotychczas przywalona gratami w kącie bagażnika, znów na dobre rozgościła się w schowku obok kierownicy i przez kolejne miesiące nie będzie chciała zmienić meldunku. Uparta. Jak każda baba. 


Chwilę przed dziewiątą niespodziewanie dojrzałem coś, co spodziewałem się ujrzeć nieco później. Tak, to musiał być ten pomnik! Tutaj w styczniu 1915 roku poległo ponad dwustu żołnierzy armii rosyjskiej, a kamienny obelisk ku ich czci wznieśli... żołnierze niemieccy. Dziwne? Nie do końca. Wspólne pochówki wrogich armii, czy honorowanie zabitych przeciwników nie były rzadkością podczas IWŚ. Kilka kilometrów dalej, w Luszynie znajduje się kolejny pomnik upamiętniający ową bitwę usytuowany prawdopodobnie w miejscu, gdzie pochowano poległych Rosjan. 


Tuż obok rozciągają się dawne zabudowania folwarczne, między innymi chyląca się ku ruinie gorzelnia. Może i próbowałbym dostać się do środka, gdyby nie uwijająca się w rytmie diskopolo ekipa remontowa na pobliskim dachu. 


Kilkaset metrów dalej zatrzymałem się pod kolejnym cmentarzem by ponownie spotkać się z Nieśmiertelnymi'39. Około trzystu żołnierzy Wojska Polskiego, Bohaterów Bitwy nad Bzurą. 


W planach na przedpołudnie miałem jeszcze kilka podobnych cmentarzy, więc parę minut później jechałem już w stronę Kiernozi. Takie dedykowane, typowo wojenne nekropolie robią na mnie o wiele większe wrażenie niż wyodrębnione kwatery na cmentarzach parafialnych. Niedawne święto przypomina o sobie wciąż żywymi kwiatami. Brawo!



W drodze z Kiernozi na osmoliński cmentarz zrobiłem sobie krótką przerwę w domu Matyldy i pod tamtejszym kościołem. Sam Osmolin już dawno utracił prawa miejskie, obecnie to licząca nieco ponad czterysta mieszkańców wioska.



Pierwsze dni września '39 i tutaj odcisnęły swoje krwawe piętno. Pochyliłem głowę nad grobami, odwiedziłem miejsce w którym zginęło rodzeństwo Domińskich i podreptałem w stronę widocznej z oddali kępy drzew.


Przez kilkanaście minut próżno szukałem jakichkolwiek śladów mogił, znalazłem za to śmieci i wszystko to, czego nie powinno się znajdować w takich miejscach. W głowie zaświtała mi znajoma myśl: jeśli w okolicy jest jeden, to gdzieś w pobliżu muszą być inne. Nie musiałem długo czekać, bo ledwie kilka kilometrów dalej wypatrzyłem następną kępę drzew i pozostałości ceglanej bramy.



Ewangelicka nekropolia w Lwówku (?) nieco mocniej oparła się próbie czasu i dziadowskim zapędom okolicznej ludności. Gęste zarośla kryją zapomniane groby, da się też znaleźć takie, które wciąż otoczone są opieką.



Chwilę przed południem odwiedziłem ostatnich tego dnia Nieśmiertelnych. W Sannikach spoczywa 75 Bohaterów wrześniowej zawieruchy.


Znicz zapalony, honory oddane i w drogę. Do domu.
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger