Ilekroć trafiam do Płocka, zostaję przywitany mgłą, szarugami i kumulacją wszelkich pogodowych nieprzyjemności. Jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej rozkoszowałem się przebłyskami słońca błądząc leśnymi ścieżkami; ino wyściubiłem łeb z samochodu zaparkowanego przy płockim chodniku, dostałem po pysku rzęsistym deszczem.
Z minuty na minutę rozpadywało się mocniej, a ja targany nadwiślańskim...