lutego 17, 2018

Kościoły, pałac i miejsce pamięci

Kościoły, pałac i miejsce pamięci
Opuszczając Kalisz i czym prędzej wiejąc z głównej drogi, trafiłem do Biskupic Ołobocznych. Wioska, jak wioska. Może nieco na jej skraju, tak przynajmniej mi się wydaje, stoi całkiem sporych rozmiarów drewniany kościół.


Wzniesiona staraniem ówczesnego proboszcza świątynia, od 1726 roku zdobi okolicę tej niczym nie wyróżniającej się wsi. Zajechałem na pobliski parking i po znalezieniu skrzynki zabrałem się za tradycyjną rundkę wokoło. 



Mnóstwo ciekawych detali i zapach (rękę dam sobie uciąć, modrzewiowy), który już z daleka wodzi za nos. Tuż obok kilka krzyży, nagrobki... pewnie pamiątka po istniejącym tu niegdyś cmentarzu.


Niestety nie udało mi się zajrzeć do środka, a ponoć warto ze względu na barokowy ołtarz główny. No nic, skoro zamknięte, to zamknięte. Kilka kilometrów dalej, w Ociążu, kolejne drewniane kościólątko. Co prawda nie aż tak strojne, jednak przywodzące na myśl typową wiejską świątynię.


Bezbożnik ze mnie okrutny, jednak nie mogę się nigdy oprzeć, by nie zobaczyć takich drewnianych perełek. No po prostu lubię i tyle. Oczywiście nie chciało mi się dokładnie zerknąć na wskazania nawigacji i zamiast podjechać pod samą skrzynkę, to wygodniej było mi dreptać po zaoranym polu. Na szczęście ziemia zmarznięta, a i odcinek do pokonania nieduży. Później szybki powrót do samochodu i wio do Lewkowa.


W tamtejszym parku miła niespodzianka, bo coś sobie ubzdurałem, że zastanę chylące się ku ruinie zabudowania... nic z tych rzeczy!



Pałac Lipskich wzniesiony na latach 1786-1791 w duchu klasycyzmu, wraz z okalającym go parkiem z stylu angielskim to miejsce, które naprawdę warto odwiedzić. Pomijam już fakt, że pałacowe wnętrza mieszczą w sobie muzeum, którego oczywiście nie zwiedziłem (wrodzona awersja do tego typu atrakcji). Dla wielbicieli pałacowej architektury obowiązkowy punkt wycieczki w te strony. Pokręciłem się wokoło, nacieszyłem oko i ruszyłem jeszcze pod pobliski kościół, a później odwrót w stronę domu. Jadąc rano namierzyłem znajomy już znak kierujący do miejsca pamięci, idealny przystanek w drodze powrotnej.


Po prawie kilometrowym spacerze leśnym duktem trafiłem pod obelisk poświęcony żołnierzom 25 Dywizji Kaliskiej, którzy zginęli w tym miejscu z rąk okupanta.



Tuż obok wsparty o drzewo krzyż, przypuszczam że jako pierwszy oznaczył to miejsce. Do samochodu wróciłem już niemal po ciemku. 

lutego 11, 2018

W stronę Kalisza

W stronę Kalisza
Jakoś niespecjalnie chciało mi się wstawać przed świtem, więc chwilę po dziewiątej dobiłem w okolice Kalisza. W planach miałem jednak delikatną objazdówkę, więc bez pośpiechu zjechałem z głównej drogi i tymi mniej głównymi dotarłem pod sam cmentarz w Kolonii Dębe.



Dwa okazałe grobowce tuż przy samej drodze i kilka mniejszych nagrobków rozstrzelonych tu i ówdzie. Historia cmentarza sięga oczywiście czasów osadniczych, ostatni pochówek odbył się jednak jeszcze w latach osiemdziesiątych. 



Pomotałem się chwilę po okolicy i z małymi przystankami dojechałem w końcu pod dworzec PKP w Kaliszu. Sam dworzec, jak to dworzec. Mnie najbardziej zaciekawiła sąsiadująca z nim wieża ciśnień.



Wybudowana w 1941 roku w ramach niemieckiego planu Otto, który zakładał między innymi przygotowanie transportu kolejowego do ataku na ZSRR. Wieża dostarczała wodę do parowozów jeszcze w latach siedemdziesiątych. O ile mnie pamięć nie myli, to bardzo podobna budowla znajduje się w Inowrocławiu. Parę kilometrów dalej zatrzymałem się pod kolejnym tego dnia cmentarzem.


W odróżnieniu od pierwszego, drugi miał o wiele więcej szczęścia. Pod koniec 1914 roku, Niemcy zorganizowali w Szczypiornie prowizoryczny obóz jeniecki. Wraz z jego budową wydzielono również niewielki cmentarz, który niebezpiecznie szybko zaczął się powiększać. W 1922 roku spoczywało na nim już 1200 osób, głównie żołnierzy Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej. Niebawem pochowano tu kolejnych pięciuset żołnierz Armii URL przetrzymywanych w Skalmierzycach po podpisaniu przez Polskę i RFSRR oraz Ukraińską SRR umowy pokojowej w Rydze. 


Po rozwiązaniu obozu i utworzeniu Stanicy Ukraińskiej, pozostali żołnierze wykupili grunt cmentarza i otoczyli go opieką. Wraz z końcem IIWŚ zaczął on jednak popadać w ruinę i mało brakowało, by podzielił los wielu zapomnianych nekropolii. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych Związek Ukraińców w Polsce zwrócił się do prezydenta Kalisza o odtworzenie cmentarza w Szczypiornie. Udało się. Tuż za ogrodzeniem samotny krzyż. Kapliczka, zapomniana mogiła? Tego niestety nie wiem. 


Nie opuszczając Szczypiorna skierowałem się pod kaplicę św. Barbary, gdzie zamknięta na trzy spusty brama dała mi okazję rozruszać kości... jak się za chwilę okazało, zupełnie niepotrzebnie. Wejście z drugiej strony stało otworem. Z przekroczeniem granicy poszło już bez zbędnych ceregieli.



Prawie punkt jedenasta dotarłem do głównego celu wycieczki, do Nowych Skalmierzyc. Pochodzący z okresu zaborów dworzec już z daleka robi duże wrażenie.



Graniczne przejście kolejowe wymusiło poniekąd budowę dwóch dworców przesiadkowych - różnica rozstawu szyn kolei pruskiej i rosyjskiej wynosiła bowiem 89 mm. Neogotycka budowla imponowała rozmachem i należała do najokazalszych dworców ówczesnych Niemiec. W 1913 roku doszło tutaj do spotkania cesarza Wilhelma II z carem Mikołajem II. 



Podwójny dworzec w Skalmierzycach funkcjonował zaledwie do pierwszych dni IWŚ, a już w okresie międzywojennym przestał być potrzebny. Obecnie przez PKP wykorzystywana jest tylko niewielka część budynku. 


Kolejowe klimaty Skalmierzyc wciągnęły mnie na dłuższą chwilę, bo sam dworzec to jedno, a jego najbliższa okolica drugie. Mimo, iż część terenu zajmują jakieś firmy, to wieża ciśnień i dyspozytornia aż się proszą o bliskie spotkanie.



Ta druga w niczym nie przypomina większości kolejowej infrastruktury, którą było mi dane zobaczyć. Wysokiej na 22 metry budowli bliżej do tolkienowskiego Bree, niż pruskiej kolei... choć może tylko ja mam takie dziwne skojarzenia.


Kilka minut po dwunastej zebrałem się do samochodu i poprułem w stronę Ostrowa Wielkopolskiego, ale o tym kiedy indziej. 

stycznia 18, 2018

Przez Pustynię do Izbicy

Przez Pustynię do Izbicy
Izbica Kujawska. Kolejne miasteczko, które sporadycznie zdarza mi się przecinać raz w jedną, raz w drugą stronę i które jakoś nieszczególnie zwraca moją uwagę. Niby kojarzę kilka charakterystycznych punktów, niby coś tam o nim wiem, ale zawsze mijam czym prędzej i gnam w swoją stronę. Dziś w zasadzie byłoby podobnie, gdyby nie nadmiar wolnego czasu w pracy - tak, coś takiego istnieje. 


Kilka kilometrów przed samym miasteczkiem zatrzymałem się w miejscu, które bodajże półtora roku temu zwróciło moją uwagę i dało okazję do rozprostowania kości po iluś tam kilometrach za kółkiem.



Kościółek świętego Floriana, pozywany "kościółkiem na Pustyni". Jak na gorliwego bezbożnika przystało, wręcz uwielbiam odwiedzać takie miejsca! Zapach drewnianej konstrukcji czuć już z kilkunastu metrów, czyżby modrzew? 


Miejsce w odległych czasach stanowiło ośrodek kultu pogańskiego, w XVIII wieku sprowadzili się tutaj pustelnicy i na moje oko z tego okresu wywodzi się obecna nazwa (teoria stworzona przed chwilą przeze mnie, aczkolwiek może i faktycznie tak jest). Zatoczyłem kilka kółek, poniuchałem raz jeszcze i za kilka minut byłem już w Izbicy Kujawskiej.


Ledwie stanąłem pod bramą, zadarłem łeb do góry i słyszę "panie, to nie wiatry i pogoda, to ludzie rozjebali. Wszystko rozpierdolą. Po Żydach market chociaż zrobili, a po tych jakby mogli, to by pazurami cegły rozdrapali." Uwaga w samo sedno na dzień dobry, a później całkiem przyjemna rozmowa z autochtonem, nomen omen, emerytowanym nauczycielem historii. 



Kościół ewangelicki wzniesiony na początku ubiegłego stulecia i puszczony w samopas w latach siedemdziesiątych. Obecnie w rękach prywatnego właściciela, niedawno rzuciły mi się w oczy nawet ogłoszenia dotyczące sprzedaży. Chwilę podumałem, jak dostać się do środka, ale nic mądrego nie przyszło mi do głowy, więc zadowoliłem się tradycyjną rundką wokoło. Z jednej strony brama zamknięta na kłódkę, z drugiej brak jakiegokolwiek ogrodzenia. Można i tak. A kawałek dalej pozostałości po cmentarzu.


Trochę strach kręcić się pośród nielicznych nagrobków, bo wszystko przykryte białym dziadostwem a ja już wiem, że wpaść do rozgrzebanej mogiły nietrudno.



Po przeciwnej stronie drogi niewielkie wzniesienie zwieńczone sporych rozmiarów kamieniem. Żadnej tablicy, miejsce zupełnie wymazane z pamięci, będące niegdyś kirkutem.



Ze szczytu widok na wspomniany wcześniej kościół i resztę miasteczka. 
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger