sierpnia 05, 2019

W Kamionce...

W Kamionce...
Najwyższa pora wziąć się za nadrabianie zaległości i systematycznie uzupełniać wpisy z odbytych wojaży, a tych wbrew pozorom uzbierało się wcale niemało. Wszystkiemu winien czas, którego deficyt coraz mocniej daje się we znaki i który nie pozwala siąść do klawiatury. Tłumaczenie mocno naiwne, bo skoro znajduje się czas na wyskok w teren, to i... no, tyle tytułem wstępu. 


Majowy poranek, Wieś Bolimowska. Pierwszy postój na trasie i miejsce jakże przeze mnie lubiane! Tym razem pierwszowojenny, tych odwiedzam najmniej. Spokój znaleźli tu polegli w Bitwie nad Rawką. 


Znajomy szablon nagrobków i niewielka kaplica u wejścia na teren nekropolii. Wszystko to przy akompaniamencie porannego skrzeczenia srok i jeszcze obmytej rosą trawy. Parę minut zadumy i dalej przed siebie. 


Kilka dni wcześniej, zupełnym przypadkiem wyniuchałem drewniany kościółek w Kamionce, który z miejsca zyskał miano jednego z głównych punktów tej majowej objazdówki. Pierw krótka przerwa na karmienie Młodego, a później głowa rodziny (czyt. ja) rusza pod drzwi świątyni. Kurwa, zamknięte! No nic, coś się wykombinuje. 



Instynkt zadziałał i tym razem, bo już po chwili przeciskałem się przez zakrystię. Przeglądając w domu mapę i przygotowując się do wyjazdu wiedziałem czego się spodziewać, mimo wszystko na chwilę oniemiałem z zachwytu. Światło sączące się przez witraże, biało-niebieskie ściany... klimat niesamowity!



Bez wątpienia numer jeden wśród opuszczonych kościołów, które udało mi się do tej pory odwiedzić. Idealna wręcz cisza, zapach drewna i wszystko to, co powoduje że chcemy użyć określenia sielski, na miejsce które obecnie z sielskością powinno mieć niewiele wspólnego.


Z wypiekami na twarzy i serią fotek w aparacie wygramoliłem się na powrót do samochodu tylko po to, by za chwilę znów zajrzeć do środka. Miejsce przyciąga cholernie! A później? Później dobiegało południe, a przede mną jeszcze długa droga i wiele punktów na mapie.

maja 20, 2019

Koźlak w Tarnówce

Koźlak w Tarnówce
Odkąd sięgam pamięcią, znajoma sylwetka wiatraczyska majaczyła na horyzoncie i wraz z upływem lat ulegała naporom czasu i pogody. Samych śmigieł już prawie nie pamiętam, musiały rozpaść się najwcześniej. Dach? Jeszcze do niedawna trzymał się w miarę stabilnie, teraz gotowy runąć pociągając za sobą resztę konstrukcji.



Tego typu wiatraki na dobre rozgościły się w Polsce około XV wieku i niemal wrosły w naturalny, wiejski krajobraz. Wertując od czasu do czasu dawniejsze mapy widuję je co kilka wsi, niestety do obecnych czasów przetrwały tylko pojedyncze sztuki. Zazwyczaj na uboczu, osamotnione i coraz mocniej kąsane zębem czasu, relikty minionego.




Koźlak w Tarnówce solidarnie dzieli smutny los pobratymców i z roku na rok, z wichury na wichurę traci resztki sił. Drewniana konstrukcja straszy połamanymi dechami i z bliska wygląda o wiele gorzej niż przypuszczałem. Szkoda, że dostępu do środka strzegą niegościnne szerszenie. Pokaźnych rozmiarów gniazdo i bzyczące towarzystwo skutecznie wybiło mi ze łba pomysł na wspinaczkę.





A czemu koźlak? Podstawą tego typu młynów jest drewniany kozioł, prościej mówiąc masywny kloc będący osią wiatraka i umożliwiający obracanie nim w stronę wiatru. Ponoć do sterowania wystarczyło kilku chłopa manewrujących dyszlem, bądź rozeźlona kobita młynarza.



Lubię przebywać w towarzystwie koźlaków, lubię je odwiedzać... szkoda, że jest ich coraz mniej.

maja 02, 2019

Wierzbie

Wierzbie
Do ostatniej chwili nic nie zapowiadało wczorajszej objazdówki. Krótka bo krótka, licho co ponad stówkę, ale co zobaczone to moje. Wraz z kilometrami niebo nabierało burzowych odcieni, a ja miałem coraz silniejsze wrażenie, że w pewnym stopniu przegapiłem tegoroczną wiosnę.


Na horyzoncie nieoczekiwanie wyrosły jakieś ruiny, więc krótki postój był nieunikniony. Wierzbie, dziewiętnastowieczny pałac należący niegdyś do rodziny Krzymuskich herbu Radwan. Nie pierwszy i nie ostatni, którego upadek zapoczątkowała reforma rolna i który podzielił los większości popegieerowskich lokacji tego typu.



Ogołocone mury odbijają trele ptactwa, które z upragnieniem oczekuje wiszącego na włosku deszczu. Aby ino ma się rozpadać, a skrzydlate towarzystwo przekrzykuje się nawzajem. 



Z zarośniętego stawu na tyłach pałacu podrywa się do lotu para krzyżówek i zataczając nade mną koło ginie gdzieś w oddali. Naście minut kontemplacji i dalej w drogę. 
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger