września 14, 2018

Ruiny dworu i kapliczka

Ruiny dworu i kapliczka
Dziesiątki stanowczo za mało, setki razy bywałem w okolicy i nie raz zapuszczałem się w tutejsze ruiny. Co ciekawe, na przestrzeni tych wszystkich lat niewiele się zmieniło. Ubyło może trochę drzew, szpaler będący fragmentem nieistniejącego już parku coraz mniej przypomina sam siebie i pewnie na siłę doszukałbym się czegoś jeszcze... ale po co.


Mury dworu w Sławęcinie, odkąd sięgam pamięcią, stoją jakby zatrzymane w czasie. Widocznie wszystko co miało się zapaść, zapadło się lata temu a reszta? Reszta niczym pomnik, pamiątka bezpowrotnie utraconej świetności.



Ciekawskim okiem da się co prawda wypatrzeć jeszcze jakieś detale, jednak jest ich tak niewiele, że nawet sprawnej wyobraźni ciężko zbudować z nich pierwotną całość. 



Tuż obok dziewiętnastowieczna kapliczka. Lata temu miałem okazję zajrzeć do środka, dziś tylko przez okno. 

sierpnia 29, 2018

Kolskie cmentarze

Kolskie cmentarze
Setki cmentarzy za mną, głównie tych zapomnianych i związanych z ewangelickimi osadnikami zamieszkującymi ówczesne wioski naszego kraju. Tym razem nieco inaczej, bo raz że miasto a dwa wcale nie takie zapomniane. 


Wstyd się przyznać, ale w Kole bywam średnio co kilka tygodni ba, przez cztery lata bywałem codziennie i choć oba z cmentarzy mijałem dziesiątki razy, to ani razu nie przekroczyłem parkanu. 



Pierwszy, połączenie wojennego z prawosławnym. W oczy od razu rzuca się obelisk upamiętniający radzieckich soldatów poległych w walkach 1941 roku (19-21.01) i równe szeregi grobów. Nieco dalej, już mniej okazałe miejsce pochówku polskich lotników poległych w walkach nad Kołem i w rejonie Kutna w pierwszych dniach września '39. Pozostałą część cmentarza zajmują nieliczne nagrobki cywilne, a nad wszystkim jazgoczą hałaśliwe  do bólu wrony.


Druga z kolskich nekropolii swoją historią sięga początków XIX wieku, kiedy to Koło zamieszkiwało ponad trzystu luteran. Część pochówków ubita w centralnej części cmentarza, te najstarsze giną na tyłach.



Duże wrażenie zrobiły na mnie wrastające się już w ziemie dziecięce grobki i nagryziona zębem czasu figura anioła. 



Dziś, coraz częściej, chowani są tutaj wierni wyznania rzymskokatolickiego.

sierpnia 17, 2018

Leśne opowieści cz. 6

Leśne opowieści cz. 6
Ze wschodu coraz wyraźniej słychać głuche dudnienie zbliżającej się burzy. Chmury szczelnie bronią dostępu do czystego nieba i od dobrej godziny wiszą nieruchomo nade mną. Wiatru zero. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że od kilkudziesięciu minut nie słychać najmniejszego ćwierknięcia. Żaden niespokojny dziób nie rozdziawia się nawet na sekundę. W powietrzu roi się jedynie od wszelkiego robactwa. Co rusz ściągam łbem lepką pajęczynę i wpadam w chmarę brzęczącego dziadostwa. 


Dziadostwo jest wszędzie, a z każdym krokiem budzę kolejne hordy czyhające w wysokiej trawie. Momentami brodzę w niej po pas, haczę portkami o dźgające pnącza diabli wiedzą czego ale sunę dalej. Jeszcze jakieś sto metrów tego trawska, później wywlokę się na pagórki i będzie łatwiej.


Dudni coraz mocniej. Zadzieram łeb i widzę, jak nieruchome do tej pory chmury zaczynają się niepokojąco kłębić. Jak nic dopadnie mnie w lesie. Prawie truchtem puszczam się na północ i po kilkunastu minutach wpadam na znajomy dukt. Między pierwszą kroplą a porządną ulewą mija raptem dziesięć sekund. Wcisnąć się w jakieś chaszcze i przeczekać, czy biec dalej do samochodu? Korzystam z drugiej opcji i za pięć minut, cały mokry, jadę w stronę domu. 
Copyright © 2016 Po zbyrach i nie tylko , Blogger