Może nie do końca zgodnie z
planem, bo licho co zdążyłem się odhaczyć wśród przybyłych i nie czekając dnia
kolejnego poprułem wprost pod Chojnik. No dobra, może nie bezpośrednio pod sam
zamek, choć i tam dotarłem najprostszym z możliwych szlaków. Dlaczego? Ano
dlatego, że na grzbiecie taszczyłem młodego, który ochoczo walił mnie w łeb
smoczkiem i tym, co akurat dzierżył w niespełna dwuletniej łapce....